Muzyka

The Hu, czyli najmilszy podbój świata

 

W tym tygodniu znacznie częściej niż zwykle zawieszam oko na francuskich serwisach. Po pierwsze, z ciekawości, co prasa nad Sekwaną pisze na temat wizyty swojego nielubianego prezydenta, który był Polsce (odnotowano, że tym razem nas nie obraził).

Po drugie (a dla mnie ważniejsze), sprawdzam, jak wybredna publiczność francuska zareagowała na paryski koncert zespołu The Hu. Panowie grali w teatrze Le Trianon. Mimo ponad tysiąca miejsc, biletów na koncert nie było od dawna. Podobnie jak na całą trasę europejską.

 

Pełna kultura

Sala koncertowa Le Tranon znajduje się w 18 dzielnicy Paryża, u podnóża Montmartre. Ma miejsca na widowni plus dwa szerokie balkony. Jej wygląd bardziej kojarzy się z muzyką klasyczną, nie rockową. Tymczasem panowie z The Hu zwykle występują właśnie w takich miejscach. Teatry, opery, również kluby, jak dwa tygodnie temu w warszawskim Palladium.

Ich koncerty w niczym nie przypominają tego, co kojarzy miłośnik głośniejszego brzmienia. Nie ma chaotycznego tańca fanów, wzajemnego obijania się o siebie ani rzucania się członków zespołu w publiczność (choć w sumie miło by było). Na niedawnym koncercie w Warszawie, pod sceną można było umieścić fana na wózku inwalidzkim, bez obawy, że cokolwiek mu się stanie.

Sami muzycy nie rozwalają swoich sprzętów, bo grają na prawdziwych dziełach sztuki. Ze sceny nie pada też ani jedno przekleństwo. Aż chciałoby się zacytować tytuł ich największego przeboju „Yuve, yuve yu” („Jak dziwnie”).

 

 

Ośmiu wspaniałych

Nie pamiętam, kiedy ostatnio czyjaś muzyczna kariera nabrała takiego tempa, jak w przypadku The Hu. Ich popularność zaczęła się od dwóch utworów, opublikowanych na Youtube. Do dziś, razem zebrały ponad 60 mln wyświetleń. Jak na przedstawicieli kraju, który liczy sobie tylko 4 mln mieszkańców, wynik imponujący.

W pierwszą, dużą trasę koncertową panowie wybrali się jeszcze zanim nagrali płytę, co jest wydarzeniem bez precedensu. Album pojawił się pomiędzy koncertami europejskimi a bardzo długą trasą amerykańską.

Zespół tworzy ośmiu muzyków, przy czym jego trzon to cztery osoby. Wszyscy gruntownie wykształceni po konserwatorium w Ułan Bator a Nyamjantsan Galsanjamts, znany jako Jaya, pracuje w owym miejscu jako bardzo atrakcyjne ciało pedagogiczne. Od czasu, gdy czarował mongolską publiczność grą na flecie i śpiewem gardłowym, zapuścił włosy, niewielką brodę i dorobił się imponujących tatuaży. Podobnie jak jego nie mniej przystojni koledzy.

 

Marzenie pewnego producenta

The Hu istnieje dopiero od dwóch lat, ale pomysł na zespół narodził się w głowie ich producenta już dziewięć lat temu. Niejaki Dashka chciał połączyć tradycyjną muzykę mongolską z nowoczesnym brzmieniem. Wymyślił nawet nowy gatunek muzyczny, czyli hunnu rock.

Długo dobierał muzyków do swojego projektu. Znalazł takich, którzy już działali na scenie muzycznej. Ponad siedem lat zajęło im zebranie piosenek, którymi chcieli podzielić się ze światem. Cały projekt jest przemyślany w najdrobniejszych szczegółach. Nazwa nawiązuje do mongolskiego słowa „HU”, które tłumaczy się jako „człowiek, żywa istota”.

Mongolscy HUmaniści chętnie odwołują się również do historii Hunnów, czyli przodków Mongołów. Logo zespołu opracowali archeolodzy, badając, jakie zwierzę jest najbardziej kojarzone z dawną kulturą mongolską. Padło na panterę śnieżną, wspinającą się po skale (mniej wprawne oko doszukuje się w logo smoka).

 

 

Cuda rezonansowe

Muzyczna estetyka The HU opiera się na śpiewie gardłowym, który przypomina cudownie monotonne bulgotanie. Wokalista jest w stanie wydobyć z siebie co najmniej dwa dźwięki w tym samym czasie.

Techniki słyszalnie różnią się od siebie, dając możliwość śpiewania bardzo niskich częstotliwości lub też wysokich, alikwotowych. W efekcie uzyskuje się głos o oktawę lub dwie niższy od naturalnego, lub też wydobywa się bardzo wysokie tony, coś pomiędzy gwizdkiem i dźwiękiem fletu. Kilka podstawowych stylów śpiewania ubarwia się dodatkowo różnymi ozdobnikami.

Śpiew gardłowy pokazuje, jak niesamowitym i wciąż niezbadanym instrumentem jest ludzki głos. Daje także olbrzymie możliwości interpretacyjne nawet w obrębie jednego utworu. To styl, który można spotkać u ludów wędrownych Azji centralnej, mieszkańców Półwyspu Czukockiego, Altajów, Kazachstanu.

The Hu ma trzech wokalistów, śpiewających gardłowo. Każdy z nich śpiewa swoje piosenki, ale w czasie koncertu wspomagają siebie nawzajem. O kondycję gardła dbają unikając potraw i napojów bardzo ciepłych lub zimnych. Nie jedzą także ostrych przypraw. Niestety, nie potrafią rzucić palenia.

 

Z ukłonem dla pań

Piosenki The HU w niczym nie przypominają zachodnich utworów rockowych o ubogim słownictwie. Trwają dwa razy dłużej niż radiowe hity. Potrafią mieć minutowe intro, które często jest popisem gry na instrumentach smyczkowych morin chuur.

Polska strona Tekstowo tłumaczy tylko trzy piosenki zespołu. Po więcej trzeba sięgać do grupy fanowskiej, w której Mongołowie chętnie dzielą się tłumaczeniami. Gęsto w nich od tekstu, bo zwrotek jest sporo. Są w nich opowieści o wielkich podbojach mongolskich, czy też legendach, jak na przykład o łabędziej matce.

Dwie z dziewięciu piosenek z albumu zadedykowano kobietom. Na koncertach mają specjalną oprawę. O paniach członkowie zespołu wyrażają się wyłącznie z szacunkiem. W Europejkach najbardziej podobają im się zielone i niebieskie oczy. W rodzimym kraju wspierają ruch, walczący z przemocą domową. Fanki mogą zawsze liczyć na ich ciepły uśmiech i wesołe „Hello”. Panowie chętnie podają dłoń, ale się nie przytulają. Podobno jak do tej pory na scenie nie wylądowały jeszcze elementy damskiej bielizny. Nietypowo, jak na rockmanów.

 

 

Ambasadorzy Mongolii

Dla zachodnich producentów wielkim wyzwaniem było „targetownaie” zespołu. „Mongolski metal” nie jest właściwym określeniem dla ich muzyki. Jest ona momentami ostra, ale szalenie melodyjna i perfekcyjnie zagrana.

Nie ma gitar elektrycznych, jest coś à la bas. Muzykę tworzą dawne instrumenty jak tumur chuur (rodzaj drumli) i morin chuur (instrument smyczkowy o dwóch strunach, wykonanych z końskiego włosia, na którym można zagrać nawet rżenie konia) oraz mongolskie bębny. Ze względu na precyzję wykonania, instrumenty wyglądają jak prawdziwe dzieła sztuki. Tworzono je ręcznie ponad dwa miesiące.

Mongolski anturaż uzupełniają bardzo oryginalne stroje i nieco kosmiczne buty. Za promocję mongolskiej sztuki zespół został odznaczony przez prezydenta medalem Czyngis Chana.

Koncerty The HU zawsze gromadzą społeczności mongolskie. Podczas występu w Warszawie zespół miał okazję machać do publiczności flagami Polski i Mongolii (gest ładnie się wpisał w 70 rocznicę nawiązania stosunków dyplomatycznych polsko-mongolskich). Jakiś dowcipniś podawał im również flagę unijną. Cóż, żaden z ośmiu wspaniałych nie wziął jej do ręki.

 

Welcome into the HU Family

Rosnąca popularność zespołu jest widoczna w mediach społecznościowych, głównie na Facebooku. Poza oficjalną stroną The HU istnieją jeszcze dwie grupy fanowskie. Administratorami są w nich wyłącznie kobiety. Wiek fanek nie ma górnego limitu. Jedną z „wizualnych narratorek” jest Amerykanką po siedemdziesiątce. Na koncerty chodzi z synem i wnukami a z sympatii do zespołu zrobiła sobie na łydce tatuaż z ich logo.

Podczas konwersacji nie używa się wulgaryzmów. Bardziej rozerotyzowane komentarze bywają lekko studzone (wszyscy członkowie zespołu są zajęci i chętnie to podkreślają). Grupa najczęściej wymienia się zdjęciami i filmikami z występów – zespół można fotografować bez ograniczeń, nawet nagrywać w całości ich koncerty. Moja fotorelacja trafiła do albumu o nazwie „Palladium”.

Obecnie obie grupy publikują ogłoszenie o pracy dla tłumacza, potrzebnego przy trasie koncertowej. Członkowie zespołu są bardzo komunikatywni, ale jak na razie wyłącznie we własnym języku. Choć ilość polskich słów, jakie zdążyli przyswoić, jest imponująca.

 

Najbardziej pokojowy podbój mongolski obejmie w tym roku wszystkie kontynenty. Właśnie kończy się trasa europejska, za kilka tygodni zaczyna się etap dalekowschodni, póki co bez Chin. Z Nowej Zelandii zespół przeniesie się do Ameryki Południowej, po czym spędzi dwa miesiące w USA. Finał ma się odbyć w Europie, planowany jest też trzeci koncert w Polsce.