Dziennikarstwo

Nie drażnić Czerwonego Smoka

 

Jest taki termin, który z kręgów politycznych trafił na salony: poprawność polityczna. Jedni go kochają, inni uważają, że zakłamuje rzeczywistość. Pewien duży kraj na Wschodzie sprowadził intencje jego twórców do absurdu.

 

Po pierwsze, nie ranić

Poprawność polityczna swoją genezą sięga dyskusji z lat 80. ubiegłego stulecia. Toczyli je amerykańscy konserwatyści i przedstawiciele lewicy.

Jej idea polega na unikaniu w dyskursie publicznym stosowania obraźliwych słów i zwrotów. W ich miejsce powinny pojawić się sformułowania bardziej neutralne. Czyli, do osoby, która kłamie, należy powiedzieć, że mija się z prawdą a do kogoś, przyłapanego na kradzieży, nie można zwrócić się per „złodzieju”, dopóki nie otrzyma wyroku skazującego.

W szerszym znaczeniu zjawisko obejmuje także różne samoograniczenia w posługiwaniu się symbolami i określeniami, które mogą wykluczać, marginalizować lub obrażać. Ta interpretacja jest mocno dyskusyjna, bo trudna do zdefiniowania. Może obejmować nawet stosowanie lub nie feminatywów. Dla jednych obraźliwym jest ich używanie, dla innych dotkliwe jest ich pomijanie.

 

Witryna niedostępna

Przemilczanie aspektów negatywnych przy uwydatnianiu wyłącznie pozytywnych może się skończyć zapędzeniem w kozi róg.

Przykład Chin pokazuje, że przymykanie oka na pomysły tamtejszej władzy tylko po to, aby nie drażnić silniejszego przeciwnika to gra, w której przegranymi są wszyscy, poza samymi Chinami. Kraj ten rządzi się zupełnie innymi prawami, niż reszta świata. Kontroluje i inwigiluje wszystko, nawet Internet.

W Chinach nie ma Facebooka, Instagrama, Twittera, chmury i usług sieciowych Google czy Microsoftu. Próżno w wyszukiwarkach szukać także witryny Reporterów Bez Granic, Amnesty International, YouTube, WordPress, Vimeo a nawet fundacji, przyznającej nagrodę Nobla.

Firmy, działające w Chinach, narzekają na opóźnienia w dotarciu maili i przeglądanie korespondencji. Rzecz jasna, na narzekaniu się kończy, nikt nie składa oficjalnej skargi. W każdej chwili można otrzymać karę pieniężną lub blokadę strony www bez podawania powodu.

Gdyby taka praktyka odbywała się w kraju europejskim, byłby obarczony embargiem każdej maści i określony jako niedemokratyczny. O Chinach nikt w ten sposób nie powie. Bo konsekwencje krytyki mogą być bardzo kosztowne.

 

 

3 razy T

W ramach poprawności politycznej, Europejczycy i Amerykanie muszą coraz staranniej formułować swoje myśli, jeśli te mają paść w przestrzeni publicznej. Jednak lawirowanie słowami wchodzi na znacznie wyższy level w kraju Czerwonego Smoka.

Niewłaściwy komentarz to dotkliwe kary finansowe, po których krytykant natychmiast zmienia zdanie. Dla firm, inwestujących w Chinach istnieje wiele tematów, na które nie powinny się wypowiadać.

Nieoficjalnie mówi się o zasadzie „trzech T”: Tajwanu, Tybetu i placu Tiananmen, na którym 30 lat temu krwawo rozprawiono się z walczącymi o demokratyzację Chin demonstrantami.

Zakazy nie obejmują tylko obszaru Chin. Jeśli niewłaściwe treści pojawią się w dowolnej części świata, również zostają napiętnowane. O ChRL można mówić albo dobrze, albo wcale.

 

Polityka na kolanach

O tym, że nie należy wypowiadać się na zakazane tematy, przekonała się ostatnio liga NBA, generująca w Państwie Środka dochody, mierzone w setkach milionów dolarów.

Gdy dyrektor generalny Houston Rockets wsparł na niedostępnym w Chinach Twitterze protestujących w Hongkongu, a szef ligi NBA wziął go w obronę, reakcja Chin była natychmiastowa. Transmisje meczów NBA zostały zawieszone, a ogromne kontrakty stanęły pod znakiem zapytania.

Teoretycznie twittujący mieli rację, mimo tego bardzo szybko zaczęto łagodzić konflikt z Chinami. Poprawność polityczna nakazała szefom NBA kajać się i publikować przeprosiny. Transmisje meczów wznowiono, choć spotkań z udziałem Houston Rockets Chińczycy nadal nie oglądają.

Nota bene, tworzenie chińskiej ligi, wzorowanej na NBA jest na tyle zaawansowane (włącznie z wykupowaniem amerykańskich zawodników), że za kilka lat chiński konsument nie będzie już potrzebował oryginału.

 

Zoom na reklamę

Koncerny technologiczne, jak również producenci luksusowych towarów, którzy prowadzą biznesy na terenie Chin, muszą dobrze przemyśleć każdą swoją usługę lub hasło reklamowe. Dlatego też firma Apple szybko zablokowała w swoim sklepie internetowym aplikację na telefon, dzięki której mieszkańcy Hongkongu informowali się, w których miejscach policja walczy z demonstrantami.

Przepraszać musieli producenci biżuterii Tiffany. W jednej z reklam użyto zdjęcia kobiety, zasłaniającej jedno oko. Zdaniem władz w Pekinie miało to nawiązywać do gestu, wskazującego na brutalność policji, bardzo popularnego wśród mieszkańców Hongkongu.

Wielką pułapką reklamową jest Tybet, o którym lepiej w ogóle nie wspominać. Swego czasu koncern Daimler umieścił na Instagramie zdjęcie swojego samochodu, opatrzone cytatem z Dalajlamy. Nie miało znaczenia to, że reklama nie była skierowana do chińskich klientów, bo Instagram w Chinach jest niedostępny. Przeprosiny były kilkuetapowe.

 

 

Kraj, którego nie ma

Znane marki odzieżowe, jak Versace i Coach również dostały lekcję zasad handlowania. Mimo, że w Europie są wyjątkowo poprawne politycznie, w Chinach trafiło się im duże faux pas. Na ich koszulkach pojawiły się flagi Tajwanu. Strony internetowe obu marek zostały zablokowane mimo przeprosin.

Blokadę strony zaliczyła także sieć Mariott, która w jednej informacji nieopatrznie zaznaczyła Tybet i Tajwan jako kraje niepodległe. Interesy z Tajwanem oficjalnie wolno robić, ale trzeba udawać, że kraj należy do Chin. W tym celu rząd zaczął nawet wywierać naciski na linie lotnicze. Ten podmiot, który chce nadal organizować połączenia z Chinami, nie ma prawa nawet sugerować w systemach rezerwacji, że Tajwan jest odrębnym, politycznym bytem.

Użytkownicy telefonów Apple w Hongkongu i Makao w katalogu emotikonów nie znajdą flagi Tajwanu. Tak na wszelki wypadek. Mapy na terenie Chin muszą w ramach granic kraju zawierać także Tajwan i Tybet.

 

Od smoka do pandy

Im bardziej agresywna polityka Pekinu, tym większe ustępstwa światowych firm.

Sama republika stawia na łagodny PR. Coraz częściej odcina się od określenia Kraj Czerwonego Smoka, ponieważ kojarzy się z czasami cesarstwa. Te monarchistyczne powiązania są niezgodne z ideologiami współczesnych Chin. Poza tym, smok jest postrzegany jako agresywny i budzi wojenne skojarzenia, których rząd ChRL stara się unikać.

Właśnie dlatego narodowym symbolem stała się flegmatyczna panda, jeden z bardziej nietrafionych symboli mocarstwa. Smok ma nadal swoje zasłużone miejsce w kulturze. Nie można go pokazywać w karykaturach, o czym przekonała się marka Nike.

W reklamie z koszykarzem (znowu ignorancja NBA) pokazano zawodnika, który zabija smoka. Poza oficjalnym potępieniem ze strony rządowej na uliczny protest zdecydowało się także wielu Chińczyków.

 

 

Cena poprawności politycznej

Dlaczego duże koncerny zgadzają się na nieraz sprzeczne z rozsądkiem kontrakty, jak negowanie istnienia niepodległego Tajwanu?

Rynek chiński to ponad miliard konsumentów. Wartość segmentu dóbr luksusowych szacowana jest już na ponad 23 mld dol. rocznie. Chińska klasa średnia jest coraz bogatsza, stanowiąc doskonałą alternatywę dla biedniejącej klasy średniej w Stanach Zjednoczonych i mniej licznej w Europie.

Kolejnych kilkaset milionów Chińczyków lada rok będzie w stanie kupować produkty markowej odzieży i biżuterii. Już co trzeci samochód niemieckich marek ląduje w Państwie Środka. To gigantyczna rzesza konsumentów, o którą warto walczyć i której nie wolno obrażać. Nawet w wydumany sposób. To się po prostu nie opłaca.

Chińskie władze wykorzystują zachodnie koncerny do zaoferowania swojemu społeczeństwu konsumpcji na wyższym poziomie, jednak bez jakichkolwiek zmian w modelu politycznym. Kto chce zostać na tym rynku, ma się stosować do obowiązujących reguł. Nawet jeśli te zamieniają poprawność polityczną w farsę.

 

P.S. Pod koniec października 2019 roku w chińskich kinach miał się pojawić najnowszy film Quentina Tarantino „Pewnego razu… w Hollywood”. Przeciwko dystrybucji zaprotestowała jednak córka Bruce’a Lee. Uważała, że jej ojciec został przedstawiony w filmie jako prostak i cham. Ponieważ reżyser nie przemontował swojego dzieła, jego premiera w Chinach została w ostatniej chwili wstrzymana.