Historia

Historia pewnej Wigilii

 

Dziś mija dokładnie 80 lat od opisanych wydarzeń. Mogłam je streścić, ale oddałam głos narratorowi – mojemu dziadkowi. W tekście, pochodzącym z jego pamiętnika, nie zmieniłam nic, nie dopisałam także swoich śródtytułów.

Pamiętna Wigilia miała miejsce w Margańcu. W roku 1939 polskich jeńców wojennych, głównie mundurowych, zatrudniano w kopalniach żelaza i wapienia (łącznie ponad 10.000 osób). To był początek ich bardzo długiej drogi powrotu dla ojczyzny. Niestety, tylko część z nich mogła to marzenie spełnić.

 

23 grudzień 1939

Wigilia Bożego Narodzenia przypadła na niedzielę, dlatego zwyczajem staropolskim zorganizowaliśmy wieczór wigilijny w sobotę dnia 23. Ludność miejscowa przerzuciła nam przez parkan śliczną i wysoką choinkę, którą ustawiliśmy w próżnym baraku. Chcę to zaznaczyć, że przebywaliśmy w pobliżu Morza Azowskiego na południowej Ukrainie, gdzie nie rosły drzewa iglaste i choinkę tą musieli przywieźć kolejarze gdzieś z północy.

Przygotowania wieczoru wigilijnego odbywało się w tajemnicy przed władzami obozowymi. Na pracę w tym dniu wyszliśmy normalnie a na wieczorku mieli być tylko ci, co byli wolni. Ja skończyłem dniówkę w południe, więc cieszyłem się, że pierwsza wigilię w niewoli spędzę choć przy próżnym stole, to jednak przy choince.

Z ukazaniem się pierwszej gwiazdy na niebie, schodziliśmy się do baraku, gdzie stała choinka. W kilku minutach barak zapełnił się niewolnikami. Prawie wszyscy, którzy nie byli w pracy, znaleźli się przy choince. Nie zabrakło Żydów, Ukraińców, Białorusinów oraz volksdeutschów. Choinka była przystrojona medalikami, obrazkami świętymi i jakimiś wycinankami, sporządzonymi naprędce. Znalazły się nawet opłatki, którymi zaczęliśmy się łamać, składając sobie z głębi serc życzenia przy świetle kilku świec, rozmieszczonych w tym długim baraku.

W chwili składania sobie życzeń wpadli do baraku funkcjonariusze NKWD, uzbrojeni w karabiny z najeżonymi szpikulcami i z paroma wielkimi kałaszami zaczęli wypędzać zebranych. Dla dodania sobie większej odwagi, któryś z nich wystrzelił kilka strzałów ponad głowami. W tej chwili zrobił się popłoch, świece zgasły, psy zaczęły ujadać, podniosły się krzyki.

Stłoczone masy wycisnęły jedną z bocznych ścianek z desek i wydostały się na zewnątrz, inni pchali się całą masą do szerokich wrót tego baraku, który kiedyś służył jako tartak. W tym ogólnym zamieszaniu było kilku poturbowanych. NKWD chcąc powstrzymać masy uciekających, zamykali drogę bagnetami, inni strzelali za uciekającymi, zrobiło się prawdziwe polowanie za ludźmi. Kogo złapali, wyprowadzali na wartownię i tam na oświetlonym terenie trzymali ich pod strażą. I ja również znalazłem się wśród nich. Kilku naszych leżało na ziemi rannych, względnie pobitych. Reszta ukrywała się za barakami lub szopami.

Naszą grupę około 200 ludzi zaprowadzili na stołówkę. Był to okres wydawania kolacji. Kazali usiąść za stołami i podali zupę z małymi rybkami, lecz nikt nie jadł. Na sali panowała cisza jak w kościele. Z grupy naszej powstał Żydek, poszedł do bufetu, odwrócił się twarzą do nas i rozpoczął pięknym tenorem „Cicha noc, święta noc”. Pieśń tą podchwycili pozostali i cała sala zabrzmiała pierwszą polską kolędą w niewoli.

Nikt ze śpiewających na stołówce ani z kolegów, pozostałych w obozie nie przypuszczał, że w tą cichą i świętą noc rozpocznie się ta największa tragedia, która miała spotkać nas na tej ziemi.

Po odśpiewaniu tej kolędy rozpoczęliśmy „Lulajże Jezuniu”, ale tej kolędy nie mieliśmy już możności zakończyć, bo pomimo, że nikt nie zjadł ani łyżki tej zupy i to, że większość nas wykonała już swoją dniówkę, pędzono nas do kopalni i to do pracy pod ziemią. Do windy przybyliśmy już w czasie ruchu wydobywczego, ale zaraz spuszczono nas pod ziemię.

Po zjechaniu w dół bez jakiegoś nakazu usiedliśmy na rurach, nie ruszając się z miejsca. Wiadomość o tym, że zjechaliśmy pod ziemię, ale pracy nie podejmujemy dotarła do wyrobisk i stamtąd przyszedł dziesiętnik i setnik i namawiali nas do przejścia do przodu i podjęcia pracy. Jednak nikt z nas nie odpowiedział na żadne pytania, nikt nie wytłumaczył powodu odmowy pracy.

Kiedy setnik zorientował się, że my nie jesteśmy z jego zmiany, nawet niektórzy z nas nie byli jeszcze w kopalni, bo pracowali przy eksploatacji zwałów, zawiadomił telefonicznie o tym zawiadowcę kopalni, który po niedługim czasie zjechał pod ziemię. Kiedy widział nas siedzących na rurach z opuszczonymi głowami przypuszczał, że jesteśmy głodni i wysłał dwóch pracowników miejscowych na powierzchnię po chleb.

Było to już po godzinie 22.00, jednak nie wiadomo skąd po niedługim czasie tych dwóch pracowników przyniosło dla nas biały chleb i cukier. Zawiadowca osobiście rozdzielał ten chleb i cukier wśród nas. Każdy odebrał ten dar, podziękował, ale pomimo zachęcania nikt pracy nie podejmował. Zawiadowca tłumaczył nam, że takim postępowaniem nic nie wyjednamy, ale możemy sobie bardzo zaszkodzić.

Jeden z naszej grupy wytłumaczył w krótkich słowach zawiadowcy całą tragedię, którą żeśmy przeżyli w ten wieczór wigilijny wspominając o tym, że większość z nas przepracowała już swoją dniówkę i że nie jesteśmy w stanie wykonać tej trudnej pracy po raz drugi. Tak zawiadowca kopalni jak i setnik, dziesiętnik i wszyscy inni robotnicy, którzy z nami się w tą noc stykali, byli do nas bardzo życzliwie ustosunkowani. Nie słyszeliśmy ani jednego obelżywego wyrażenia, ani żadnej pogróżki.

Po ukończeniu dniówki znowu milcząco jak przez cały czas wjechaliśmy na powierzchnię. Następnej zmianie, która również przymusowo poza swoją kolejką była wysłana do kopalni zdążyliśmy tylko skinieniem głowy dać do zrozumienia, że nie podjęliśmy pracy.

Po przyjściu do baraków widzieliśmy, że pozostali w barakach całą noc nie spali. Stale ich wywoływali na zbiórki, wybierali każdego, kto tylko wydał im się podejrzany i odprowadzali go za obóz.

Kolacji wieczorem nikt nie przyjął, tak samo rano, kiedy nas wzywano na śniadanie nikt nie wychodził.

P.S. Strajk wigilijny trwał dłużej. Mimo, że dla niepracujących jedyną alternatywą było siedzenie na zamarzniętym jeziorze. Finalnie wszyscy strajkujący zostali zesłani na Syberię.