Książki

„Wanda, opowieść o sile życia i śmierci”

Trzeci raz czytana książka zasługuje na swój wpis blogowy. Wspomnienie o Wandzie Rutkiewicz zwykle podczytuję zimową porą. W tym roku zabieram je na warsztaty taneczne mojej pociechy i zawsze się dziwię, że już minęła godzina lektury. Doskonałą biografię himalaistki napisała Anna Kamińska. Autorka zanim przeleje na papier swoją wiedzę, szpera w życiorysie bohaterów wiele miesięcy a nawet lat.

 

Skrócone dzieciństwo

Według współczesnych map, Rutkiewicz jest Litwinką. Urodzona w Płungianach, całe świadome życie spędziła na terenie Polski. Po wojnie rodzina Błaszkiewiczów (panieńskie nazwisko W. R.) osiadła we Wrocławiu, w poniemieckim domu. Wanda (imię po chrzestnej) w wieku 6,5 roku poszła od razu do drugiej klasy, przez co mając 17 lat już była studentką Wydziału Elektroniki Politechniki Wrocławskiej.

Jej mocno ekscentryczna matka pracowała w archiwum. Potrafiła czytać hieroglify, interesował ją buddyzm i seanse spirytystyczne. Zupełnie nie zajmowała się domem i dziećmi, co najprawdopodobniej było przyczyną rozpadu małżeństwa rodziców Rutkiewicz.

Wanda już w czasach szkoły podstawowej przejmowała obowiązki matki po tym, jak opuścił ich ojciec. Dorabiała korepetycjami, robiła zakupy, gotowała obiady dla rodzeństwa. Domu we Wrocławiu nikt nie remontował, bo wszyscy się bali, że Niemcy lada moment wrócą. Po wielu latach Rutkiewicz wykupiła go od miasta, robiąc od razu remont za własne pieniądze. Krótko później przeniosła się do Warszawy.

 

Córeczka tatusia

Ojciec Wandy – inżynier Zdzisław Błaszkiewicz znał karate, dżudo i jogę. Pisał i mówił po rosyjsku, niemiecku, angielsku, francusku, litewsku. Uczył się hiszpańskiego. Zabierał córkę na zajęcia sportowe. To jemu chciała imponować swoimi osiągnięciami. Po rozwodzie rodziców jeździła z nim w jego rodzinne strony, do Łańcuta. Jej dziadek pracował tam jako historyk.

Ojciec Rutkiewicz wynajmował dom po rodzicach młodemu małżeństwu. Doszły do niego słuchy, że na targowisku w Łańcucie ktoś wyprzedaje jego pamiątki rodzinne. Chciał zweryfikować te informacje u lokatorów. Wywiązała się kłótnia, podczas której Zdzisław Błaszkiewicz został zamordowany. Podczas tragedii za ścianą spało trzyletnie dziecko jego morderców.

Wanda Rutkiewicz uczestniczyła w wizji lokalnej i identyfikowała zmasakrowane zwłoki ojca. Była także oskarżycielem posiłkowym w procesie sprawców, z których jeden został skazany na śmierć. Po rozwodzie nie wróciła do panieńskiego nazwiska ze względu na szum medialny, związany z zabójstwem ojca.

 

Urlop i romanse

Słynniejszy (z racji nazwiska) mąż Wandy Błaszkiewicz to warszawski matematyk i alpinista Wojciech Rutkiewicz. Był synem ówczesnego wiceministra zdrowia Jana Rutkiewicza. Wanda zostawiła sobie jego nazwisko, choć małżeństwo przetrwało tylko kilka miesięcy. Przeniosła się na stałe do Warszawy, na czas małżeństwa do willi, sąsiadującej z domem Cyrankiewiczów, później do własnego mieszkania.

Góry wygrywały z życiem prywatnym oraz pracą zawodową. Nie dokończyła doktoratu. Pracowała nad pamięcią półprzewodników, robiła prototypy komputerów. Ze względu na liczne wyjazdy, Rutkiewicz miała niepłatny urlop. Największą pasją stało się organizowanie wypraw górskich. Z braku dostępu do profesjonalnych ubrań, pierwsze szyła sobie sama, zamawiając pierze i materiały. Organizacji wypraw i tego, jak wyjazdy przekuć na zarobki uczyła się od Reinholda Messnera. Miała opinię kokietki, której nieobce były wysokogórskie romanse, na przykład z Januszem Kurczabem. Na nizinach żaden z tych związków nie przetrwał.

„Miałam bardzo interesujących mężczyzn, ale nigdy nie tworzyli mojego życia. Niełatwo byłoby wytrzymać ze mną na co dzień. Wszelkie próby ograniczenia mojej niezależności traktuję jako agresję, na którą reaguję oporem”.

 

Wanda w pigułce

Nie piła kawy. Uwielbiała jazdę na junaku, najcięższym polskim motocyklu. Czytała Plath, słuchała Jarre’a i Vangelisa. Niezbyt lubiana w pracy, bo nie miała zwyczaju zapraszania kolegów i koleżanek do siebie. Wychodząc z domu nosiła worek z kamieniami. Traktowała to jako trening. Z takim obciążeniem potrafiła wchodzić po schodach na 10 piętro. Spała na zimnym strychu, przyzwyczajając się do warunków w górach.

Była przeciwniczką budowania kolejek górskich. Uważała, że góry nie są dla każdego. Podczas wypraw słynęła z tego, że sprząta śmieci w Himalajach. Nie tylko swoje.

Mówiło się, że pół kariery załatwiła dzięki swoim uśmiechom. Łatwiej zdobywała pozwolenia i przepustki. Starannie dobierała słowa. Ponoć nawet przeklinała z wdziękiem. Koledzy „z gór” uważali, że himalaistki dzielą się na babochłopy i Wandę Rutkiewicz. Elegancka w każdej sytuacji. Jakimś cudem nigdy w górach nie miała tłustych włosów. Uważała, że nawet na trudną wyprawę warto brać ze sobą elegancką bieliznę i ładne ubrania. Świadoma swojej atrakcyjności zwykle ukrywała ręce. „Miała dłoń dusiciela z Bostonu”, silną i brzydką.

 

Trudna koleżanka

Wanda Rutkiewicz zasłynęła jako pierwsza organizatorka kobiecych wypraw w góry. Chwalona za wyprawy do Ameryki Południowej zbierała baty za wyjazdy w Himalaje. Zarzucano jej nieliczenie się z koleżankami, despotyczne decyzje a nawet narażanie grupy na niebezpieczeństwo. Dobrze oddaje to dokument „Temperatura wrzenia”, na którym widać, jak dyryguje alpinistami i pakistańskimi tragarzami. Wyprawa odniosła spektakularny sukces.

Maksymalnie zdeterminowana nie rezygnuje z wyjazdów nawet podczas niedyspozycji fizycznej. Jedną z najlepszych fotografii Rutkiewicz jest ta, na której przez chwilę niesiona na barana przez Jerzego Kukuczkę przemierza lodowiec pod K2. Ponad 60 km lodowca Baltoro pokonała idąc o kulach.

Podczas tej wyprawy umiera na obrzęk mózgu himalaistka Halina Krüger-Syrokomska. Rutkiewicz nie chce żeby ciało przyjaciółki zostało w górach. Wraca po nie po jakimś czasie i, co jest niepraktykowane w Himalajach, pakuje wysuszone wiatrem zwłoki do plecaka. Bez jakiejkolwiek pomocy znosi je na tyle nisko, że jest możliwość jej pochówku na cmentarzu poległych wspinaczy pod K2.

 

Z głową w chmurach

W górach miała wyjątkową zdolność do wyłapywania szczegółów. Świetnie rozpoznawała drogę nawet w ciemnościach. W życiu codziennym nieprawdopodobna gapa. Żyła z wypraw, książek, prelekcji i spotkań. Ale nie miała głowy do ich planowania. Zapominała o terminach spotkań, na wykłady o górach zabierała prywatne slajdy zamiast tych z wypraw. Zazdrościła himalaistom, że mają żony, które organizują im życie.

Żyła w spartańskich warunkach, choć zawsze marzyła o ciepłym domu. Jadąc na lotnisko przed wyprawą na Everest, zapomniała na poczcie paszport. Kiedy po niego wróciła, było już zamknięte. Musiał interweniować naczelnik, nikt inny nie miał do tego uprawnień. W ostatniej chwili zdążyła na samolot. Przez atakiem szczytowym zapomniała śpiwora choć wiedziała, że będzie musiała nocować w strefie śmierci. Dał jej go schodzący z góry kierownik wyprawy.

Kobieta na Evereście przed facetem (Kukuczką) to największy sukces w jej karierze. Żadnej himalaistce nie udało się uczynić tak wiele dla przełamania monopolu mężczyzn we wspinaniu się na najwyższe szczyty.

 

Misja samobójcza

Ostatni rozdział życia Wandy Rutkiewicz nosi nazwę „Kanczendzonga”. O „górze bogów”, którym lepiej nie przeszkadzać, pierwszy raz słyszała od swojej mamy. Miała wrażenie, że jest gotowa ją zdobyć. Wyprawę organizował Meksykanin, zdobywca korony Himalajów – Carlos Carsolio. To on torował drogę w śniegu najłatwiejszą trasą.

Rutkiewicz podczas ataku szczytowego była odwodniona i miała biegunkę. Carsolio zdobył szczyt, przy zejściu mijał Wandę, która nie chciała zawracać do obozu. Planowała przeczekać noc i następnego dnia kontynuować drogę. Wiedział, że widzą się ostatni raz.

Próba zdobycia Kanczendzongi odbyła się bez śpiwora, jedzenia, picia i gazu. Rutkiewicz potrafiła przeżyć w strefie śmierci nawet kilka dni, jednak jej kondycja przekreślała szanse na powodzenie. Carsolio po zejściu do bazy zgłosił problemy Rutkiewicz. Powyżej 8 tys. m. n. p. m. nie organizuje się akcji ratunkowej. Zamarznięte ciała himalaiści lub wiatr zrzucają do napotkanych szczelin. Informacja o zaginięciu himalaistki dotarła do Polski po prawie dwóch tygodniach. Jej ciała nigdy nie odnaleziono.

 

Życie po życiu

Proces uznania Rutkiewicz za zmarłą trwał 3 lata. Przez ten czas nie było mowy o postępowaniu spadkowym, dotyczącym między innymi jej warszawskiego mieszkania. Sprawa przedłużała się, ponieważ matka Rutkiewicz składała wniosek o apelację twierdząc, że córka żyje. Uważała, że miała pochowane jedzenie i sprzęt w różnych miejscach ośmiotysięczników i dzięki temu przeżyła.

Po przegranym procesie nigdy nie pozwoliła, aby w jej towarzystwie mówić o Wandzie Rutkiewicz jako o osobie zmarłej. O tym, że córka ułożyła sobie życie w jednym z nepalskich klasztorów była przekonana aż do swojej śmierci. Zmarła w wieku 102 lat.

W tym roku we Wrocławiu odsłonięto mural, poświęcony najsłynniejszej, polskiej himalaistce.