Książki

„Dlaczego w Paryżu dzieci nie grymaszą?”

Dramatyczny fragment wywiadu z pewną aktorką, krążący w sieci, uświadomił mi, że niebawem może nam zabraknąć internetów. Odbyły się bowiem wybory i stara/nowa ekipa ma wprowadzić reglamentację dóbr sieciowych. Trzeba zrobić zapasy, skoro domena jest opłacona na kolejnych kilka miesięcy.

 

Wielkie sprzątanie

Widmo odcięcia od sieci przypomniało mi o własnym poletku do pisania. W ostatnim czasie zabrakło na nim recenzji kilku filmów, koncertów i wystaw. Jakoś najwięcej serca mam zwykle do pisania o książkach. Jesienne porządki ujawniły dawno nieczytaną analizę „Dlaczego w Paryżu dzieci nie grymaszą”.

Jej treść nieco skojarzyła mi się z niedawnym problemem, podnoszonym przez niektórych restauratorów. Chodzi o zakaz przyprowadzani do lokalu gastronomicznego „bombelków” poniżej 6 roku życia. Argumentacja jest prosta – małe dzieci hałasują i niemiłosiernie brudzą a ich rodzice zdają się tego nie dostrzegać. Obsługa ma nie tylko problem ze sprzątnięciem armageddonu na stole i dookoła niego, ale także odnotowuje liczne zniszczenia tapicerki i innych elementów wyposażenia.

 

Linia demarkacyjna

Obrazek z czasów moich studiów. Miejsce akcji – Korsyka, restauracja Zio Dante, należąca do włoskiego nacjonalisty. Starszy pan nie przyjmował do wiadomości, że Korsyka od ponad 200 lat nie należy już do Włochów, tylko Francuzów. Swoją dezaprobatę dla oczywistych faktów manifestował tym, że często francuskim turystom mówił niezgodnie z prawdą, że w jego restauracji nie ma już wolnego miejsca. W przypadku braku włoskich turystów, kapitulował i zapraszał Francuzów.

Czas akcji – każde popołudnie i wieczór. Z precyzją detektywa jestem w stanie wskazać palcem, przy którym stoliku siedziała rodzina włoska a przy którym francuska. Stolik „włoski” widać i słychać z daleka. Jedzenie jest wszędzie, nawet w popielniczce i wazonie z kwiatami. Włoskie bambiny w oczekiwaniu na swoją porcję spaghetti łapią za nogę kelnerkę, idącą z talerzem. Nie ma znaczenia, że talerz jeszcze nie jest dla nich. One go chcą. Już, natychmiast. Rodzice patrzą z uśmiechem, jak dzieciak potrafi walczyć o swoje usiłując przewrócić kelnerkę. Obsługiwanie włoskich turystów nauczyło mnie rozdawania dyskretnych kopniaków.

 

Trudna sztuka czekania

Tymczasem przy „francuskich” stolikach zupełnie odmienne klimaty. Dzieci potrafią czekać na swoje danie nie demolując przy tym restauracji. Nie mają osobnego menu, jedzą to samo, co dorośli. Stolik, przy którym siedziała rodzina francuska, wymaga jedynie wymiany serwetek i sztućców.

„Bombelki” sprawiają wrażenie, jak gdyby przychodziły do restauracji od zawsze i doskonale wiedziały, jak mają się w niej zachować. Przy takim nastawieniu nie ma sensu wywieszać kartek z zakazem wstępu dla maluchów. Jeśli one same zapomną o kindersztubie, dyskretnie przypomną im o niej rodzice lub opiekunowie.

Coraz częściej postawę włoską obserwuję w polskich realiach. Łagodnie ją komentując można rzec, że rodzice pobłażają swoim pociechom nawet tam, gdzie powinny obowiązywać jakiekolwiek reguły. W dosadniejszym podsumowaniu  nasuwa się cytat z obecnych właśnie w kinach „Ślicznotek”, w których główna bohaterka (grana przez J. Lo) twierdzi, że „macierzyństwo to choroba psychiczna”. Coś w tym dosadnym dictum jest.

 

Pani Dolto

Fenomen dzieci francuskich i ich kindersztuby (nie tylko przy stole), postanowiła zgłębić amerykańska dziennikarka Pamela Druckerman. Jako żona Brytyjczyka, wysłanego do pracy we Francji, nie mogła się nadziwić, że istnieją grzeczne dzieci w sporej ilości. Wielomiesięczne śledztwo doprowadziło ją do konkluzji, że na wychowanie dzieci we Francji paradoksalnie największy wpływ miał facet, który sam oblał test z bycia ojcem.

Rousseau, bo o nim mowa, własne dzieci oddał na wychowanie do sierocińca. Podobno nie chciał, aby ich matka, jego służąca, miała nieprzyjemności z faktu posiadania nieślubnych dzieci. Jego teoria wychowania jest zawarta w dziele „Emil, czyli rzeczy o wychowaniu”. Wysławia w nim karmienie dziecka piersią, ganianie przez nie na boso i uczenie otwartości na świat.

Jednak w praktykę zasady te wprowadziła dopiero Francoise Dolto, pediatra, którą we Francji znają wszyscy rodzice. No, może poza tymi ostatnio naturalizowanymi. Dla Dolto nawet niemowlak staje się partnerem do rozmowy, dzięki całej gamie komunikatów, które wysyła matce. Zadaniem mamy jest objaśnienie mu świata.

 

Bez cadre ani rusz

Na czym polega grzeczne wychowanie we Francji? Już od maleńkości dzieci uczone są pewnych zasad, zwanych „cadre”. Jedną z nich jest przyzwyczajenie do szybkiego zasypiania.

Maluchy wieczorami są wyciszane, nie oglądają przed snem bajek, mają przytłumione światło. Mama na dobranoc daje im całusa i wychodzi. 60 proc. snu małego dziecka to faza niespokojna, podczas której maluch może się kręcić, siadać, otwierać oczy, mówić. Francuska metoda na uczenie niemowlaka przesypiania nocy już w wieku 2, 3 miesięcy polega na tym, aby nie reagować na jego sen niespokojny. Być w pobliżu, ale nie interweniować, kiedy dziecko jest aktywne, bo w praktyce często oznacza to jego wybudzenie. Dopiero płacz sygnalizuje, że trzeba wkroczyć do akcji.

Znane mi francuskie dzieciaki rzeczywiście zasypiały szybko i bez absorbowania rodziców na pół wieczoru. Dorośli mieli czas dla siebie, co było prawie nieosiągalne we włoskich rodzinach. Zwykle ten czas jest utożsamiany z godziną 20.00. Maluch musi być wtedy w swoim pokoju lub łóżku (to jest jego wieczorne „cadre”). Nie ma obowiązku iść spać. Wystarczy, że nie przeszkadza dorosłym.

 

Pauzowanie jako wstęp do cierpliwości

Dużą rolę w wychowaniu małych Francuzów odgrywa pauza. Stosuje się ją do różnorakich sytuacji. To dwie, trzy sekundy zwłoki przed udzieleniem odpowiedzi lub pomocy dziecku. Bywa, że sam maluch w tym czasie zorientuje się, że jednak pomoc mamy lub taty wcale nie jest mu potrzebna i swoją prośbę zrealizuje sam.

Pauza uczy cierpliwości, ale również tego, że dziecko nie jest pępkiem świata. Jego potrzeby są istotne, ale nie muszą być zawsze priorytetem. Stąd spokojne oczekiwanie na obiad w restauracji. Dziecko ma pewność, że go otrzyma, wie jednak, że to musi potrwać.

Posiłek zjada chętnie, bo jest już głodne – we Francji nie ma zwyczaju dawania przekąsek, jogurtów, chrupek i innych zapychaczy pomiędzy posiłkami. Jada się cztery razy dziennie, co daje gwarancję, że nie wychowamy niejadka. Zwyczaj jedzenia posiłków w równych odstępach czasu stosują także dorośli, co jest tajemnicą raczej dobrych sylwetek Francuzów.

 

Potrzeba i zachcianka

Do zadań rodzica należy odróżnienie, co jest potrzebą dziecka a co jego zachcianką. Tych drugich spełniać nie musi, w przeciwnym razie dziecko nauczy się postawy roszczeniowej. Uleganie zachciankom deprawuje malucha a na dłuższą metę wręcz krzywdzi, ponieważ pokazuje mu fałszywy obraz rzeczywistości, w której wszystko będzie na zawołanie.

Wbrew pozorom, dziecko bardzo potrzebuje „cadre”, ram, które ustala rodzic. Czuje się bezpieczniej, kiedy jasno komunikujemy mu, na co może sobie pozwolić. Maluch, który anektuje przestrzeń i jest roszczeniowy wobec rodziców, bywa upominany przez obcych. O dziwo, francuska mama w takiej sytuacji nie urządza awantury upominającemu, ale czuje się zawstydzona zachowaniem własnego dziecka.

Do standardowych pytań wśród mam zalicza się to, czy dziecko już przesypia samo całą noc i czy ma rozszerzoną dietę poza karmieniem piersią. Mama, która na powyższe pytania dwa razy odpowie „NIE” może liczyć na szereg zaskoczonych min i pouczeń, że już najwyższy czas, aby „wróciła do życia”.

 

Rodzinny obiad

Dzieci to żywioł, jednak możliwy do opanowania. Moja własna latorośl nigdy nie wpadła na pomysł, aby rzucać pulpetami po ścianach czy zaprezentować publicznie wokalizę niczym Krzysiek Sokołowski z Nocnego Kochanka.

Jej słabszą (choć w innych sytuacjach mocną) stroną jest hiper komunikatywność. Najchętniej wspomogłaby kelnerki, roznosząc talerze. W drodze po dodatkowe serwetki lub sztućce lubi podchodzić do stolików i zagadywać gości (dokładnie jak mój korsykański szef). Bywa, że pokazuje przy tym wnętrze swojej torebki licząc na podobną reakcję ze strony starszych pań.

Jej poczynania zwykle są nagradzane słodyczami lub drobnymi upominkami, ale mam świadomość, że nie każdy bywalec restauracji ma ochotę rozmawiać z cudzym dzieckiem. Dlatego wybieram miejsca, w których można liczyć na atrakcje dla dzieci. I nie przyszłoby mi do głowy obrażać się na zakaz wprowadzania malucha do restauracji.

Przestrzeń wolna od „bombelków” jest bardzo ważna. Dla higieny psychicznej całego otoczenia, ale również samych mam. Ale to podobno bardzo kontrowersyjna opinia…