Historia,  Wydarzenia

Nieoczekiwana misja

Powoli opadł kurz z zakazanych rac, odpalanych na wiwat Niepodległej. Dla jednych to dowód na zdziczenie obyczajów, inni uważają, że elementy pirotechniczne są nierozerwalnie związane ze świętowaniem, jak znicz z pamięcią o zmarłych.

 

Bez pomysłu

Okrągła rocznica uwolnienia się spod dyktatu zaborców zasługiwała na oprawę niezwykłą, której mi zabrakło. Mam wrażenie, że cała para środków i pomysłów poszła na wybory samorządowe a o 11 Listopada decydenci pomyśleli, że jakoś ludzie to wszystko zorganizują. Oczywiście nie pomylili się.

Trudno było w tym dniu konkurować z francuskimi obchodami setnej rocznicy zakończenia I Wojny Światowej. Politycy wybrali wycieczkę nad Sekwanę, ale można było sięgnąć po zawsze dostępnych artystów. Ci przecież za pieniądze zaśpiewają i zatańczą każdemu. Synowi Kadafiego, oligarchom wszelkiej maści, czy też miłościwie panującemu Kimowi. Świętującej Rzeczpospolitej z pewnością również by nie ominęli tyle, że nikt o tym nie pomyślał.

Lista znanych/lubianych/cytowanych/podziwianych i dyspozycyjnych wykonawców jest długa. Można było kilkoro z nich wkomponować w Stadion Narodowy zamiast Maryli Rodowicz z plastikowymi rurkami na głowie. Byłaby z tego większa uciecha tłumu i zainteresowanie zagranicznych mediów, które z nudów zajęły się liczeniem na palcach faszystów.

 

 

Misja prywatna

Brakiem pomysłu wykazały się również główne media, które skupiły się na wysłaniu swoich reporterów na ulice celem udowodnienia:

a) że jest pięknie i potrafimy świętować,

b) jest strasznie, bo w biały dzień maszeruje legalnie działający ONR a na dodatek ktoś spalił flagę unijną.

Ten drugi epizod przez jedną półamerykańską stację jest uważany za o wiele bardziej dramatyczny od obrazków z 14 lipca, kiedy to w narodowe święto Francji kolorowe dzieci republiki postanowiły hurtowo palić samochody i wybijać witryny sklepowe. Tymczasem warszawski, pokaźny tłumek, w który wkomponowałam się z rodziną, nie dość, że nie wybijał witryn, nie podpalał aut ani nawet nie wywracał koszów na śmieci.

Na tle liczących na sensacje mediów wyjątkową inwencją błysnął Polsat, prezentując film „Niepodległość”. Stacja, która nie ma misji w swoim statucie zrobiła film, który zawstydził TVP. Ta z braku alternatywy podpięła się pod cudzy pomysł, grzecznie robiąc transmisję z uroczystej premiery w Teatrze Wielkim.

 

Debiut po latach

Film to efekt kilku lat pracy nad materiałami archiwalnymi z lat 1914 – 1923. Odnaleziono je we Francji, Niemczech, Rosji, USA, na Ukrainie oraz w Polsce. Prawie wszystkie były do tej pory niepublikowane. Całość odrestaurowano i pokolorowano.

„Niepodległość” pokazuje fenomen odzyskania niepodległości w 1918 roku, kiedy podjęto próbę scalenia ziem, na siłę antagonizowanych. I Wojna Światowa postawiła naprzeciw sobie Polaków, których nikt nie pytał o to, czy mają ochotę włączyć się w politykę wielkich mocarstw.

Jednym z nich był mój pradziadek, oderwany od żony i szóstki dzieci. Zginął we Francji jako członek armii pruskiej, został pochowany we wspólnej mogile. Losem wojennych wdów mało kto się wtedy przejmował a o odszkodowaniach nikt wówczas nie słyszał. Prababcia, aby przeżyć, pracowała na kopalni, zostawiając na wiele godzin bez opieki swoją gromadkę.

Według filmu największym wyzwaniem powojennym było opanowanie głodu, który groził prawie 10 milionom ludzi. O długich kolejkach po chleb pisał w listach do matki Charles de Gaulle dziwiąc się jednocześnie, że Polacy nie popadli w apatię, tylko sprawiają wrażenie szczęśliwych.

W powojennej Polsce stosowano kilka różnych walut (nie było jeszcze banku centralnego), jednostek miar i wagi. Panowały różne systemy prawne, jak również ruch lewo i prawostronny. W granicach kraju były zarówno tereny rozwinięte, jak Górny Śląsk, do którego pretensje rościli sobie i Niemcy i Czesi, jak i wyjątkowo zacofane Kresy. Dysproporcje pomiędzy nimi wydawały się nie do wyrównania.

 

 

Ruchome obrazki

Moja dusza historyka dawno nie przeżyła podobnej uczty. Pierwszy raz miałam okazję oglądać nie na fotografiach a w wersji sfilmowanej przyjazd armii Hallera do Polski. Ponad 70 tys. wojska jechało do nas w 350 pociągach. Francuzi niechętnie pobyli się takiego skarbu, z kolei Niemcy i Czesi tak panicznie obawiali się przejazdu przez ich tereny, że zażądali, aby broń była w osobnych składach i do tego zaplombowana.

Generał Haller był bohaterem również innych unikatowych kadrów, jak zaślubiny Polski z morzem, które odbyły się w Pucku. Do tej pory wydarzenie było znane głównie dzięki obrazowi Wojciecha Kossaka. Nota bene, kto dziś pamięta, że polska żegluga narodziła się nie w Gdańsku a w Modlinie?

Pięknie prezentowali się nasi rodacy w strojach regionalnych, witając wizytującego Piłsudskiego i innych oficjeli. Marszałek z Wieniawą u boku, lub rodziną w Sulejówku, klęczący przed obrazem, ale nie całujący po dłoniach i pierścieniach dostojników kościelnych. Pan o pięknej postawie i bujnych wąsach, które miały zakryć wybite kolbą zęby (pamiątka z czasów więzienia w Rosji). 

Jako Ślązaczka z przyjemnością oglądałam wizytę wojsk szkockich, paradujących w kiltach. Zmagania, związane z walkami o Zaolzie, plebiscytem i kolejnymi powstaniami znam z przekazów rodzinnych, teraz widziałam je w wersji dokumentalnej. Miło było również odkryć, że znany mi od wczesnego dzieciństwa rynek cieszyński nie zmienił się wcale, poza położeniem bruku i zlikwidowaniem linii tramwajowej.

Wyjątkowo pięknie prezentowały się przedwojenne miasta – Warszawa i Lwów. Ten drugi, po stolicy i Łodzi zajmował trzecie miejsce pod względem liczebności. Jeśli ktoś chciałby sobie wyobrazić, jak prezentował się układ ulic i zabudowa w Warszawie, zanim zmiotły ją niemieckie bombardowania, warto wybrać się do współczesnego Lwowa. Mimo, że jego władze robią wiele, aby z historii miasta usunąć informacje o Polakach, miasto architektonicznie jest na wskroś polskie. 

 

 

Lista zasłużonych

Powojenna Polska była budowana przez osobowości dużego kalibru, których w obecnej polityce brak. Piłsudski, Paderewski, Dmowski, Witos, Korfanty, Grabski, Haller i niewiele później Sikorski to nazwiska, przed którymi wypadałoby się ukłonić. Każdy z nich potrafił schować do kieszeni swoje ambicje w chwilach, kiedy należało łączyć siły.

Rozliczenie prywatnych animozji przyszło później, w czasach Berezy Kartuskiej, miejsca izolowania i dręczenia przeciwników politycznych (głównie endeków, komunistów i ludowców).

Czas po I Wojnie Światowej był jeszcze idyllicznie solidarny. Paderewski za własne pieniądze agitował sprawę polską za Atlantykiem, Dmowski walczył jak lew o granice Polski przy stole w Compiègne. Korfanty udając, że nie widzi niechęci Piłsudskiego, skupił się na walce o powrót Śląska do kraju.

Z trudem wywalczona niepodległość to coś, co współcześnie wydaje nam się zupełnie oczywiste. Zastanawiam się, czy z obecnym podejściem do obowiązków obywatelskich, powszechnym marazmem i graniem na nosie władzy, która podobno szybko miała stać się dyktaturą a jakoś nawet się do niej nie przymierza, bylibyśmy w stanie osiągnąć choć połowę tego, co nasi dziadkowie. 

Polaryzację poglądów mamy podobną jak sto lat temu, nawet administracyjnie ten podział pokrywa się z wynikami ostatnich wyborów. Historia lubi mścić się na tych, którzy ją lekceważą. Miejmy nadzieję, że największe totalitaryzmy należą już do przeszłości..