Dziennikarstwo

Wojna butelkowa

Wolność słowa, hulająca w czeluściach Internetów to zjawisko ze wszech miar fascynujące. Coraz częściej łapię się na konstatacji, że wpisy w mediach społecznościowych bardziej odkrywają nam człowieka niż 8 lat spędzonych z nim w jednej ławce.

 

Nadmiar wiedzy szkodzi

Bywa, że czuję się przytłoczona nadmiarem wiedzy o koledze X lub koleżance Y. Niekoniecznie chcę oglądać nieprzemyślane przed publikacją zdjęcia ich nagich pociech lub informacje, pod który sąd wybierają się ze świeczką ku czci ślepej Temidy.

Na szczęście przy wielu niedostatkach Facebooka, serwis ten daje nam możliwość odlajkowania delikwenta oraz wyłączenia opcji obserwowania jego wirtualnego życia.

Więcej uciechy dostarcza mi podglądanie zmagań „znanych i lubianych”, często mocno zamotanych w sieci. Mimo opieki specjalistów od PR, agentów i sług lokaja, co jakiś czas pojawia się piramidalne głupstwo, którym później żyje wirtualny grajdołek.

Cóż, wolność słowa to również wolność do publikowania głupot. Warto jednak pamiętać, że mimo wizerunkowych sztuczek, twarz ma się tylko jedną. I bardzo trudno zmyć z niej błotko, powstałe w wyniku samozaorania.

 

Historia pewnej butelki

W zeszłym tygodniu szerokim echem odbił się kuriozalny wpis Martyny Wojciechowskiej, która okazała się być orędowniczką stosowania plastikowych butelek.

„Plastik nie taki zły” sugerowała już w tytule. Zaraz po nim zajęła się obalaniem mitu szkodliwości plastiku oraz deprecjonowaniem opakowań szklanych. „Oba surowce mogą zostać poddane recyklingowi. Jeśli jednak tam nie trafią to plastik rozkłada się 400-1000 lat, szkło – nigdy”.

W tym tendencyjnym wpisie zabrakło informacji, że szkło jest materiałem wielokrotnego użytku i może być przetwarzane w nieskończoność. W tym samym czasie tylko niewielka część plastiku nadaje się do ponownego wykorzystania.

Nie było też wyjaśnienia, że szkło wytwarza się wyłacznie z naturalnych składników, głównie piasku kwarcowego i dodatków (węglanów wapnia i sodu) podczas gdy butelka plastikowa to cała tablica Mendelejewa. Które z tych surowców zalegając w ziemi lub wodzie wyrządzą większą szkodę? Odpowiedź jest oczywista. Niestety, nie dla „członka rodziny Żywiec”.

 

Dyskusja pod patronatem

„W sprzedaży masowej to właśnie butelki plastikowe sprawdzają się lepiej niż szkło. Transport butelek plastikowych generuje mniejszą ilość Co2. Jedna plastikowa butelka, o wadze 28 gramów może pomieścić w sobie aż 1,5 litra napoju. Zapakowanie takiej samej pojemności w szkło to wielokrotnie więcej gramów tego surowca. W rezultacie samochód jednorazowo przewiezie więcej produktu, który znajduje się w opakowaniu PET”.

Dyskusja o ochronie środowiska pod patronatem producenta butelkowanej wody była prowadzona z hasztagami #postronienatury. „Żywiec Zdrój (…) kładzie nacisk na ochronę przyrody i uświadamianie nas o tym, że nasze nawet najmniejsze działania mają finalnie olbrzymie znaczenie dla Natury.”

Nie miałam pojęcia, że to takie proste. Żeby z redaktor naczelnej „National Geographic”, deklarującej ekologiczne podejście do życia w kilka chwil stać się lobbystką na rzecz znanego truciciela przyrody.

Kobieta, która zwiedziła większość krajów świata i zapewne widziała śmietniska Azji, udostępnia na swoim profilu, pod własnym nazwiskiem wyjątkowo szkodliwe bzdury. W dodatku ilustrowane zdjęciem butelki wody smakowej, czyli potraktowanej chemią.

 

Pecunia non olet

Lista grzechów koncernu Żywiec względem Natury jest długa. Nie zacieni jej nawet 8 milionów drzew, posadzonych w ciągu ostatnich 10 lat.

„Widzę, że mój wczorajszy post wzbudził duże zainteresowanie i bardzo mnie to cieszy! Dziękuję Wam za zaangażowanie w sprawę, która również dla mnie jest ogromnie ważna (…) Nie jest to jednorazowy wpis, lecz temat, który będę kontynuowała, bo przyszłość naszej planety i to, w jakim stanie pozostawię ją dla mojej córki Marysi i przyszłych pokoleń ma dla mnie ogromne znaczenie.”

Nawet niewinna Marysia załapała się na sponsorowaną propagandę.

Ten, kto uważa, że ciemny lud wszystko kupi, szybko poślizgnie się na tej tezie, niczym na skórce od banana. Z takiego założenia wyszła również Martyna Wojciechowska, która dość długo nie miała wizerunkowej wpadki (poza prasowymi śmiesznotami, jak porównywanie się do Wandy Rutkiewicz i jej dokonań – vide jeden z numerów magazynu „Pani”, prowadzonych jeszcze przez Małgorzatę Domagalik) .

Takie nieprzemyślane kity przechodziły jeszcze ponad 20 lat temu za czasów hegemonii telewizji. Wówczas kanałów było kilka a rządziła nimi zasada, że kto ma mikrofon ten ma rację. Dziś czasy się zmieniły, dlatego Znaną Podróżniczkę poddano słownej chłoście w licznych komentarzach.

 

Bilet w jedną stronę

Kiedy proporcje pomiędzy udziałem w kampaniach reklamowych a prowadzeniem programów podróżniczych zaczynają się przeważać na stronę tych pierwszych, zwykle ekspert przepoczwarza się w celebrytę. Zaczyna też popełniać błędy tego gatunku, nastawionego na zarabianie na wszystkim. W szoł bizie nie ma ludzi nie do kupienia.

Co robi celebryta po wizerunkowej wpadce? Zwykle przeczekuje pierwszą burzę. Później udaje, że wcale nie grzmiało. Jeśli jednak cyrograf, który podpisał z konkretnym reklamodawcą wymusza na nim brnięcie w bzdury, będzie to robić nadal. Tyle, że z większą ilością piarowców pod pachą i nieocenionymi postami o zwierzątkach/dzieciach/chorych/potrzebujących, którzy ocieplą nawet najgłupszy wpis.