Książki

„Pozdrowienia z Korei”

Media powoli obiegają zdjęcia z Singapuru, gdzie od wczoraj przebywają Donald Trump i Kim Dzong Un. Jaki będzie efekt rozmów, trudno przewidzieć. Próba dialogu z przedstawicielem północnokoreańskiego reżimu daje niewielkie nadzieje na wyciągnięcie z zapaści jednego z najsmutniejszych miejsc na ziemi.

Z okazji wiekopomnego spotkania przywódców USA i KRLD sięgnęłam po dwie lektury, traktujące o tym wyjątkowo mało znanym kraju. Początkowo miały trafić do jednego wpisu, ale każda z tych książek zasługuje na swój własny.

 

Oczyma krajanki

„Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit” to relacja Suki Kim, Koreanki z Południa, która chciała skonfrontować się z rzeczywistością ojczyzny swojej rodziny.

Wszyscy jej bliscy uciekli na południe po chwilowym otwarciu granicy przy 38 równoleżniku. Jej wuj kurtuazyjnie ustąpił miejsca na ciężarówce kobiecie z dzieckiem. Bliskim obiecał, że dołączy do nich następnym samochodem. Niestety, złapany przez wojsko, najprawdopodobniej zginął w jednym z obozów pracy.

Autorka od lat mieszka w USA, jednak pielęgnuje znajomość języka koreańskiego, który pomimo podziału Korei jest nadal zrozumiały dla obywateli z północy i południa.

 

Chrześcijańska kotwica

Suki Kim szukała sposobu na dłuższe odwiedzenie Korei Północnej, co nie było proste, ponieważ posiada obywatelstwo amerykańskie. Ostatecznie podczepiła się pod nabór kadry na uniwersytet PUST (Pjongjański Uniwersytet Nauki i Technologii), który został wybudowany i finansowany przez organizacje chrześcijańskie.

Jego główny cel to nauczanie języka angielskiego. Realia pracy na nim skomentowała następująco: „30 misjonarzy przebranych za nauczycieli i ja, pisarka przebrana za misjonarkę przebraną za nauczycielkę”.

Nie była osobą wierzącą, ale nie stanowiło to dla rektora większego problemu. Swoje codzienne spostrzeżenia zapisywała na pendrive’a, który zawsze nosiła przy sobie jako wisiorek. Nie zostawiała żadnych notatek w pamięci laptopa, który wielokrotnie sprawdzano pod jej nieobecność.

Jej aktywność w okolicach 5.00, kiedy to na bieżąco spisywała swoje uwagi, oczywiście zauważono (światło w oknie), jednak tłumaczyła się tym, że chce się przygotować do zajęć z uczniami.

 

Religia nie dla wszystkich

Choć jakakolwiek religia jest zakazana w Korei Północnej, reżim toleruje zagranicznych misjonarzy. Działają pod przykrywką szkół lub przedsiębiorstw komercyjnych, nie mogąc jednak wspominać o Bogu. W bastionie stalinizmu działają również amerykańskie organizacje. Prawie wszystkie mają korzenie ewangelickie.

Korea była celem ewangelizacji od XVIII wieku. W 1948 r. Kim Ir Sen, którego rodzice byli gorliwymi chrześcijanami, zlikwidował religię, uznawszy ją za zagrożenie dla władzy. Dziś na liście krajów najbardziej wrogich chrześcijaństwu Korea Północna zajmuje pierwsze miejsce, przed Somalią i Syrią.

Obcokrajowcowi wolno posiadać Biblię, ale złapany z nią Koreańczyk może się spodziewać uwięzienia a nawet śmierci. W stolicy kraju jest kościół i kilka sal modlitewnych. Jest na nich wyeksponowany krzyż. Na msze obowiązkowo wysyła się agentów, którzy donoszą, jakie treści są podczas nich głoszone.

 

Misjonarski podstęp

Misjonarze stosują zwykle przykrywkę biznesową. W specjalnej strefie ekonomicznej Rason działa całkiem sporo firm: manufaktury, farmy, agencje podróży, piekarnie, szkoły, sierocińce.

Dlaczego Pjongjang toleruje obecność całkiem licznych misjonarzy? Wyłącznie dla pieniędzy. Wynędzniały kraj, odcięty od świata swą ideologiczno-agresywną polityką i sankcjami, nie ma wielu źródeł dewiz. Uniwersytet Nauki i Technologii włożył do budżetu reżimu (a pewnie również do kieszeni dygnitarzy) około 35 mln dol.

Nie bez znaczenia jest też to, że Amerykanie dają dzieciom władzy zachodnie wykształcenie bez konieczności wysyłania ich do innego kraju. Ryzyko nawrócenia przez misjonarzy kogokolwiek jest minimalne.

 

Szkoła dla wybranych

Na PUST uczy się dzieci dyplomatów i innych ważnych osobistości. Początki uniwersytetu zbiegły się z czasem, gdy wszystkie pozostałe uczelnie w kraju zostały zamknięte.

Językiem wykładowym może być tylko angielski. Suki Kim nie mogła więc mówić do Koreańczyków w ich wspólnym języku. Nie miała również szansy na indywidualną rozmowę ze studentami, gdyż ci zawsze przychodzili do niej w parach.

Nikt w Korei Północnej, nawet na chwilę, nie może być sam. Studenci w parach jedzą, spacerują, siedzą w ławce, uczą się. Jeśli przełożeni orientują się, że jakaś dwójka sprawia wrażenie zżytej ze sobą, jest natychmiast rozdzielana, ponieważ istnieje ryzyko, że nie będą na siebie donosić.

 

Zalecenia dla nauczycieli

Codzienność w Korei Północnej to piętrzące się listy nakazów i zakazów. Nauczyciele są poddani licznym restrykcjom. Od trywialnych, jak zakaz noszenia „zbyt ostentacyjnego” ubrania, po zasadnicze: nigdy nie należy inicjować z nikim rozmowy, nie wolno krytykować czegokolwiek w kraju.

Obowiązuje całkowity zakaz ewangelizacji. „Nie wolno wspominać o religii i zwracać się do siebie przy użyciu religijnych tytułów. Jeśli student przyjdzie i poprosi o Biblię, trzeba grzecznie odmówić” – cytowała zalecenia Suki Kim.

Nie wolno również pochylać głowy, składać rąk i zamykać oczu do modlitwy przed posiłkami, więc dyrektor szkoły zasugerował, by modlić się z otwartymi oczami.

 

Listy o codzienności

Głównym źródłem informacji dla autorki stały się listy, pisane przez jej studentów na zadany temat w ramach pracy domowej. Dowiedziała się z nich co nieco o zwyczajach w rodzinach wysoko postawionych urzędników.

Zaskakuje w nich fakt, że dygnitarze żyją w dość skromnych warunkach, nie mają wody bieżącej, pracują fizycznie i bardzo często są rozdzielani. Członków rodzin celowo rozsyła się po odległych częściach kraju, aby osłabić więzi, jakie ich łączą.  

Uniwersytet PUST położony jest w stolicy kraju, około 15 minut drogi od osiedli, na których mieszkały rodziny studentów. Nie miały one jednak prawa do odwiedzenia swoich dzieci w kampusie nawet w dniu ich urodzin.

 

Izolacja level hard

O wyjściu poza teren uczelni nie było mowy poza starannie selekcjonowanymi wydarzeniami. Codzienne rutyna, podobnie jak pilnowanie się, aby nie poruszać tematów z długiej listy zakazanych dobijała autorkę do granicy depresji.

Przerażały ją wszechobecna indoktrynacja (narzeczeni zwykle chodzą na randki pod jeden z licznych pomników któregoś z Kimów) oraz całodobowe warty przy pustych salach, upamiętniających geniusz Kim Ir Sena i Kim Dzong Ila (mimo nieraz siarczystego mrozu). Zaskakiwały ją także ogromne braki w tak zwanej wiedzy ogólnej uczniów.

Studenci informatyki uczą się bez dostępu do Internetu, nie wiedzą nic o nowinkach technologicznych za to wszystko o ideologii dudże i polityce songbun. Autorka, jako jedna z nielicznych osób na uczelni miała dostęp do sieci (przywilej dla wykładowców), ale jej każdy ruch śledzono.

Odcięcie od świata tego kraju najlepiej pokazuje prognoza pogody – CNN Asia donosiło o ulewnych deszczach w całej Azji Wschodniej, na wschodzie Chin i w prawie całej Korei Południowej.

– A w Korei Północnej – zapytał prowadzący?

Synoptyczka odparła:

– Prawdopodobnie padało tam w zeszłym tygodniu, ale samo uzyskanie tej informacji zajęło nam cztery dni, więc po prostu nie wiemy.

 

Gość w toalecie

Mieszkańcy spoza kampusu mignęli czasem autorce przez szyby autobusu, kiedy jechała do starannie selekcjonowanych miejsc wycieczkowych. Ekstremalnie wychudzeni na głodowych racjach żywnościowych, przestraszeni, brudni, bez nadziei na lepsze życie.

Żyli w identycznie zaprojektowanych wioskach, których centralnym punktem było mniejsze lub większe mauzoleum Kimów, przy którym także pełniono wartę.

Bezpośredni kontakt z nimi jest prawie niemożliwy. Suki Kim wymusiła go, kiedy któregoś dnia prosiła przewodniczkę wycieczki o możliwość skorzystania z toalety. Ta poprowadziła ją do wychodka przy jednym z domów w małej wiosce. Mieszkańców przegoniła nie tłumacząc z kim przychodzi. Nie mieli prawa nawet wyjrzeć przez okno do czasu, aż niespodziewany gość opuścił teren wioski.

 

Bez happy endu

Kim wyjechała z PUST w grudniu 2011 r. Kiedy ujawniła, że przygotowuje książkę na podstawie swoich obserwacji, rektor uczelni zasypał ją gniewnymi listami, domagając się, by zrezygnowała z publikacji. Ona sama bardzo obawiała się o przyszłość uczelni, z którą współpracowała.

Jednak szkoła, sądząc po jej stronie na Facebooku, funkcjonuje bez zakłóceń. „Piękny poranek w kampusie” – głosi podpis pod jednym ze zdjęć, przedstawiającym pustą aleję w otoczeniu brzydkich betonowych bloków.

Z kolei post z 10 listopada kusi: „Szukasz nowego miejsca do nauczania języka angielskiego? Jest fantastyczna okazja, aby przyjechać do Korei Północnej – z aprobatą rządu KRLD!…”