Varia

Polsko – czeska odwilż

Jedno z moich pierwszych wspomnień, dotyczących Czechów, to kolejka przy przejściu granicznym. I mało uprzejme celniczki, nie tylko złośliwie komentujące Polaków, przyjeżdżających robić zakupy u południowych sąsiadów, ale również chętne do bardziej szczegółowej kontroli. Jaki ma sens dokładne obmacywanie kilkuletniego dziecka i przetrzepywanie jego plecaka? Do dzisiaj nie wiem.

 

Problematyczna granica

Moje mało miłe wspomnienia są niczym, w porównaniu do napięć, jakie miały miejsce na tym terenie prawie 50 lat wcześniej. W pamiętnikach dziadka, pracującego w Straży Granicznej wyczytałam: „Kiedy rząd w Pradze został zmuszony do uznania żądań odstąpienia terenu Zaolzia Polsce, oddziały Straży Granicznej obsadziły linię demarkacyjną pomiędzy Zaolziem i Czechami jako jedyne siły zbrojne polskie na tym terenie. Czesi zbudowali wzdłuż granicy silne fortyfikacje z lufami, skierowanymi w stronę Polski. Nie było tygodnia bez starć granicznych. Nocami dochodziło do ostrej wymiany strzałów pomiędzy strażami polskimi i czeskimi, było wiele ofiar w rannych i zabitych.” Wchodzącym na Zaolzie Polakom Czesi wykrzykiwali, że woleliby na ich miejscu widzieć Niemców. Nie musieli długo czekać na ich przybycie.

 

Handelek w demoludach

Pokolenie moich rodziców miało z południowymi sąsiadami kontakty głównie handlowe. W czeskich sklepach nie było problemu z zaopatrzeniem w wyprawkę dla dziecka czy przybory szkolne. Co ciekawe, z Czech przywoziło się również sałatki śledziowe. Skąd kraj bez dostępu do morza miał po kilka sałatek na bazie śledzia, dostępnych w prawie każdych delikatesach? Na to pytanie również nie znalazłam odpowiedzi.

Przejścia graniczne pomiędzy Polską i Czechami zostały zlikwidowane w 2007 roku w związku z przystąpieniem obu krajów do Strefy Schengen. Pozostały po nich puste, ponure budynki, nierzadko z powybijanymi szybami. Jednak nadal chętnie odwiedzamy się nawzajem, również handlowo.

Dla Czechów cenne były i nadal są nasze wędliny, elektronika i „dětské kočárky”, czyli wózki dziecięce. Z kolei Polacy poza kupowaniem alkoholu (powszechnie dostępny absynt!) i serami, chętnie korzystają z aquaparków, uwielbiają ostrawskie zoo dla dzieci i liczne koncerty rockowe za przyzwoitą cenę. Od kilku lat powodzeniem cieszą się również czeskie wyroby z konopi (w większości bez recepty), rekomendowane przez naszych rehabilitantów.

Czeski feblik

Podobno spośród wszystkich sąsiadów najbardziej lubimy tych z południa, Czechów i Słowaków. Mam wrażenie, że w tym duchu mogło się wypowiedzieć głównie pokolenie, które wychowało się na dobranockach z Krecikiem, Rumcajsem, Żwirkiem i Muchomorkiem czy Sąsiadach.

Za co lubimy Czechów? Głównie za to, że mówią językiem, który kojarzy nam się ze zdrobnieniami, więc jest śmieszny. U nich nawet poważne określenia brzmią zabawnie: „depka” to depresja a „nackovie” to naziści. Jeszcze lata temu denerwowało mnie, że w czeskiej wersji do nazwiska kobiet zawsze dokleja się końcówkę „ova”. Dzisiaj mnie to po prostu bawi.

W powszechnym wyobrażeniu typowy Czech to wąsaty grubasek z kuflem piwa, niezbyt kumaty i niegroźny. Dokładnie tak samo Czesi wyobrażają sobie typowego Polaka. Tyle, że dodatkowo przyklejają nam łatkę poważnych i raczej wyniosłych. Czech nie ma problemu z tym, że jest przedstawicielem mało znaczącego kraju. Dziwi się, że Polak chce równać do Niemców czy Francuzów.

Z kolei w kraju nad Wisłą, gdzie do dobrego tonu należy być kozakiem lub rycerzem, zastanawia nas czeska niechęć do bohaterstwa. Podczas, gdy my machaliśmy szabelką lub karabinem, Czesi siedzieli cicho z przygotowaną na wszelki wypadek białą chusteczką. Kiedy wytknęłam kiedyś pewnemu Honzikowi ich konformizm wobec Niemców, usłyszałam „Ale dzięki temu my nie musieliśmy odbudowywać swojej stolicy z ruin jak wy”.

Niereligijni husyci

Czesi chętnie porównują nas do Słowaków, zwłaszcza w kwestii religijności. Nie pojmują, dlaczego tak chętnie namawiamy innych do swojej wiary. To nie powinno dziwić w kraju, w którym 70% obywateli deklaruje ateizm.

Stworzono sobie świat bez religii i Boga, ale z bardzo podobnymi do naszych wartościami. Podczas wizyty Benedykta XVI większość gazet nie interesowała się tym, co chciał przekazać za to pisała o pająku, który wszedł papieżowi na twarz, gdy ten przemawiał z akcentem sudeckiego Niemca.

Jeśli ktoś w Czechach jest wierzący, zwykle wyznaje protestantyzm, lub też, jak były prezydent Václav Klaus, jest husytą (obecny prezydent – Miloš Zeman jest ateistą). Jan Hus to nadal mocna marka. Czesi od lat dążą do jego rehabilitacji w Watykanie.

Wojny husyckie to jedyny czas, kiedy zapomnieli o tym, że nie warto być bohaterem. Chwycili za broń na tyle skutecznie, że wszystkie cztery krucjaty, wysłane przeciwko husytom okazały się klęską. Obecnie ze względu na kiepski PR Czechów w Watykanie (odsetek ateistów robi złe wrażenie nawet na papieżu Franciszku), to polscy teologowie przejęli inicjatywę w rehabilitacji spalonego na stosie Jana Husa.

 

Coraz cieplej

Z natury nie jestem pamiętliwa. Dlatego złośliwości czeskie wolę traktować jako historyczny folklor. Za co lubię Czechów? Głównie za to, że od pewnego czasu mocno wyluzowali w kontaktach z Polakami. Mniej w nich złośliwości i udawania, że nie rozumieją języka polskiego.

Gdybym 15 lat temu poprosiła w sklepie o uzupełnienie zapasu rohlików (coś jak nasz rogal, ale nie w wersji maślanej), najprawdopodobniej w odpowiedzi usłyszałabym, że ich nie ma. W majowy weekend na analogiczną prośbę mojej córki pani zareagowała szybko, angażując ją do wiezienia kosza z pachnącym pieczywem. 

Co prawda przypuszczam, że odwiedziając praską restaurację U Kalicha, znowu musiałabym czekać na obsługę, zajmującą się w pierwszej kolejności rosyjskojęzycznymi gośćmi, ale podobne praktyki można spotkać w każdej knajpie w Zakopanem.

Czesi to obecnie kraj, który bardziej stara się korzystać na sąsiedztwie z nami niż szukać okazji do niegroźnych konfrontacji. Zawalony polskimi produktami, handlujący „Tajemnicą twierdzy szyfrów” (wersja z dubbingiem) i zachwycający się Ewą Farną, która nie schodzi z okładek, ostatnio również w towarzystwie męża.

Co ciekawe, nasi sąsiedzi mimo, że podkradają nam lekarzy i pielęgniarki, chętnie przenoszą do nas działalność gospodarczą, bo, uwaga, mamy mniejsze podatki.

Efektem niedawnej wizyty czeskiej pary prezydenckiej w Polsce była deklaracja bardziej ścisłej współpracy na linii Praga – Warszawa. Mam wrażenie, że takowa już istnieje i nie potrzebuje stymulacji politycznej. Wystarczy nie przeszkadzać w codziennych relacjach a stosunki sąsiedzkie ułożą się same. Zwłaszcza, że najmłodsze pokolenie na Zaolziu podchodzi do siebie bez  węszenia, kto jest „swój” a kto przejął cudzy dom.