Filmy

Dlaczego przysnęłam na Avengersach?

Nie jestem fanką Marvela. Co więcej, nie jestem fanką komiksów w ogóle. Ten element geek kultury jakoś szczęśliwie mnie ominął. Jako dziecko nie czytałam historii o superbohaterach. Gdzieś pod koniec liceum mignął mi tylko Tin Tin, ale nie drążyłam serii o jego przygodach.

 

Popkulturowy parnas

W międzyczasie filmy o superbohaterach na dobre weszły w popkulturowy krwiobieg. W ciągu 10 lat powstało ich chyba 18 a produkcje studia Marvel – Disney zarobiły przeszło 13,5 miliarda dolarów.

Są tacy, którzy potrafią sprawnie poruszać się w gąszczu postaci, wykreowanych w kolejnych seriach. Nawet im nie zazdroszczę. Nie mam pojęcia, jak powstał Kapitan Ameryka, skąd się wziął Iron Man czy Ant Man. Dla mnie Wolverine mógłby być nawet Panem Kleksem.

Nie do końca pojmuję, dlaczego marvelowskie uniwersum pochłonęło już większość świetnych aktorów, jak Anthony Hopkins, Benedict Cumberbatch czy Cate Blanchett. Niektórym, jak Scarlett Johansen, Marvel reanimuje coraz bardziej podupadającą karierę. I portfel.

 

Wiele hałasu o bieganie

Złośliwi twierdzą, że w superprodukcjach głównie chodzi o bieganie w kółko ludzi, poprzebieranych w cudaczne stroje. Mimo, że komiksowe uniwersa są mi zupełnie obce, postanowiłam sprawdzić, czy taka fabuła jest w stanie mnie wessać. W majowy weekend wylądowałam w Multikinie zwabiona hasłem „Marvel: wojna bez granic to najbardziej ambitny crossover w historii”.

Film stanowi kulminację przygód całej bandy avengersowych fragglesów, którzy panują na kinowych ekranach przez ostatnie 10 lat. Pojedyncze filmy ponoć zwykle wprowadzają nowego bohatera, te zbiorcze próbują zagospodarować kogo popadnie w jednej intrydze.

Upchnięcie wszystkich wątków i postaci w jedno dzieło jest dość ryzykowne. Od widza wymaga bowiem obejrzenia pięciu innych produkcji, rozciągniętych w czasie na ostatnie kilka lat. Taka strategia to albo lekka przesada, albo genialny marketingowy chwyt.

 

Historie upchnięte

Produkcja Avengers przypomina nieco próbę zekranizowania mitologii greckiej. Tutaj każdy bohater ma własną historię, ale może pojawiać się też w historiach innych bohaterów. W „Wojnie bez granic” Disney i Marvel od razu wrzuca widza w sam środek akcji. Już w pierwszej scenie główny arcywróg Thanos atakuje statek Thora i Lokiego. Kim są Thor i Loki wiem, ale Thanos (ponoć naważniejszy) był mi zupełnie obcy.

Akcja filmu skacze pomiędzy kolejnymi lokacjami – Ziemią, statkiem „Strażników Galaktyki”, Wakandą czy planetą Tytan. Wątków wystarczyłoby na serial, ale na żadnym bohaterze nie skupiamy się dłużej niż 5 minut, bo nie ma to czasu. Gra toczy się o przyszłość Wszechświata, a mamy tylko 2,5 godziny. Mimo dramatyzmu akcji fabuła nie porywa, więc kilka razy zaliczam dyskretną drzemkę.

 

Superbohater w proszku

Finał tej opowieści to bodajże jeden z największych cliffhangerów w dziejach kina. To brzydkie, ale pojemne słowo oznacza zabieg fabularny, w którym zawiesza się akcję w sytuacji pełnej napięcia.

W „Wojnie bez granic” spora część herosów po prostu znika nam sprzed oczu. Ponieważ Thanos jeńców nie bierze, bohaterowie jeden po drugim rozsypują się na proch. Gdzieś za rok, w sequelu, dowiemy się, który z nich posypał się na dobre.

Mimo, że lubię filmy o życiu i śmierci a nawet lękach ontologicznych, nie jestem w stanie wkręcić się w uniwersum avengersów. Zupełnie nie podnieciłam się faktem, że Thanos wygrał i zamierza wybić pół Wszechświata.

Raziły mnie drewniane dialogi, dowcipkowanie w chwilach, kiedy powinna nastąpić jakaś konkretna akcja czy też licytowanie się, który bohater ma większe ego. Być może te mało dla mnie zrozumiałe puzzle nabiorą większego sensu, kiedy zostaną poskładane wraz z drugą częścią filmu? Tylko czy wejdę w te światy ponownie?