Varia

Ad vocem Alfie Evansa

Zbyt wiele czasu spędził w mojej głowie, żebym o nim nie wspomniała. Mały Alfie Evans po kilku bardzo medialnych dniach, spędzonych bez urządzeń podtrzymujących życie, zmarł dzisiejszej nocy.

 

Sojusz fartucha z paragrafem

W tle tego dramatu heroiczna walka rodziców ze szpitalem. Ten, zamiast leczyć paliatywnie, wolał donieść do sądu, że ich pacjent nie ma szans na przeżycie ergo najlepiej będzie go zabić. Sąd przychylił się do tej prośby. Dziecko nie posłuchało lekarzy i po odpięciu respiratora nadal żyło.

Historia z Liverpoolu rozpaliła wszystkie media, w tym społecznościowe. Spolaryzowała chętnych do komentowania. Mimo, że mały Alfie chorował na coś, co nie jest jeszcze rozpoznane, sąd oparł się na opinii lekarzy, którzy twierdzili, że dziecko cierpi. Ale czy rzeczywiście cierpiało, tego nie da się przecież udowodnić.

Jeśli stan wegetatywny odbiera prawo do życia, to sądy angielskie skazałyby na śmierć również 44 pacjentów kliniki Budzik, którzy ośmielili się wybudzić wbrew opiniom lekarzy, którzy odstąpili od ich leczenia.


Lawina kalkulacji

Dyskusja o tym, co jest bardziej humanitarne – pozwolenie dziecku żyć w takim stanie, czy kazać mu umrzeć to zwykle zderzenie światopoglądowe. Dla jednych życie ludzkie nie ma sensu, jeśli nie jest świadome.

Inni uważają, że niepełnosprawni i chorzy uczą nas jak żyć mimo trudności. Pojawiły się też głosy oburzenia tym, że sprawa małego Alfiego stała się aż tak bardzo medialna.

Swoją cegiełkę dołożyła autorka bloga Matka Tylko Jedna. Jej zdaniem szczytem hipokryzji jest ratowanie cudzego dziecka w sytuacji, kiedy „w naszych osobistych szpitalach człowiek umiera w ośmioosobowej sali, a krzyki rozpaczającej rodziny słyszą inni chorzy leżący tuż obok.” Czym jest „osobisty szpital” z perspektywy ośmioosobowej sali niestety nie doprecyzowano.


Milczenie wskazane

Ponieważ polskie szpitale kiepsko karmią i łamią standardy okołoporodowe nie mamy prawa przejąć się nieludzkim podejściem do pacjenta angielskiej placówki. U nas umiera „masa dzieci”, więc powinno nam być wstyd, że Alfie wzbudził naszą sympatię.
„Nie mamy ani pełnej dokumentacji medycznej, nie wiemy nic, ponad to, co jest powtarzane przez media, nie wiemy nawet, co szpital włoski temu dziecku oferuje, nie znamy nazwy choroby, mamy garstkę informacji tak naprawdę! I zero przyzwoitości, żeby nie wpierdzielać się z naszymi emocjami w życie tej biednej rodziny.”

Ech.  Skoro wpierdzielił się sąd uznając, że ma większe prawo do dziecka niż jego rodzice, to jednak opinia publiczna również może przemówić.

 

Prawo do walki

Na czym polega odmienność przypadku Alfiego od „masy dzieci” umierającej w Polsce? Na tym, że u nas jak na razie dzieciom nie jest odmawiana pomoc medyczna. Rodzice mogą liczyć na opiekę paliatywną i towarzyszyć dziecku w jego ostatnich chwilach. Że epizody, kiedy jest to utrudniane są nagłaśniane i napiętnowane.

Dlaczego lekarze angielscy nie uznali, że nowy przypadek medyczny jest tym bardziej ciekawy i wart pochylenia się nad nim, tylko chcieli go koniecznie eksterminować? Oto jest pytanie.

 

Będąc hipokrytą…

Wbrew temu, co sugeruje autorka bloga, nie mieliśmy ochoty pobić się z Włochami o to, kto pierwszy przejmie dziecko. To nie jest „lepka hipokryzja” tylko sprzeciw wobec łamaniu podstawowych praw rodziny. I nic dziwnego, że w tej sprawie przemówili również politycy, za co MTJ zdzieliła ich po głowie.

Symptomatyczne jest, że za Maluchem nie wstawili się najgłośniejsi obrońcy życia w postaci pszczółek, kur z wolnego wybiegu i wigilijnego karpia. Przejrzałam profile kilku osób znanych z tego, że lubią protestować. Skandaliczne zachowanie sądu i szpitala zupełnie ich nie zainteresowało.

Warto walczyć o dziecko. Każde. Bez względu na to, jakie opinie mają osoby, mające w tytule bloga słowo „Matka”.