Książki

Dom, z którego chce się uciekać

 

O założycielce białowieskiej „Dziedzinki” pierwszy raz usłyszałam kilkanaście lat temu. Jakiś dziennikarz odnotował, przy okazji wywiadu, że Simona Kossak ma w swoim domu sterty nieumytej, rodowej porcelany a na słynnych kossakach, rozwieszonych we wszystkich pomieszczeniach, widać było ptasie odchody.

– Eko wariatka, nie szanująca tradycji – pomyślałam.

Coś jak bohaterka filmu „Pokot”, dla której cenniejsze jest życie zwierząt aniżeli ludzi.

 

Niebanalne pochodzenie

O motywach postępowania Simony doczytałam w jej biografii „Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak” autorstwa Anny Kamińskiej. I zrozumiałam, skąd jej wstręt do rodzinnych relikwii.

Córka Jerzego Kossaka, wnuczka Wojciecha Kossaka i prawnuczka Juliusza Kossaka – malarzy. Do tego bratanica Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej i Magdaleny Samozwaniec.

Profesor – ukończyła biologię i nauki o ziemi na Uniwersytecie Jagiellońskim. Nie planowała życia w puszczy, do Białowieży jechała zrobić „szybciutki doktorat”, bo park w Bieszczadach, który miała na oku, dopiero się tworzył. Dlaczego kobieta o nazwisku Kossak ucieka z Krakowa, odsuwa się od bliskich a obrazami przodków przykrywała grzyb na ścianach?

 

Krakowska arystokracja

Korzenie miała zacne. Do dziś w Krakowie modne jest snobowanie się na znajomości z familią malarzy, lub posiadanie dzieła któregokolwiek z Kossaków (Kossakówny słynęły z rozrzutnego życia, wpędzając tatusiów w niemałe długi. Aby zapłacić rachunki u krawcowej czy fryzjerki, malarze zostawiali u nich nieraz swoje obrazy).

Noblesse oblige, w tej familii nawet po II wojnie światowej pracowały służące, choć fortuna mocno uszczuplała.

Simona serdecznie nienawidziła rodzinnej Kossakówki, ukrytej przed światem za wysokim murem. Miała powody. Jej matka chciała koniecznie syna. Kiedy urodziła córkę, odrzuciła ją, potem jej siostrę. Ani razu nie przystawiła dzieci do piersi. Była skupiona na sobie i celebrowaniu nazwiska męża.

Kossakówna wspominała, że matka przychodziła do jej pokoju tylko po to, żeby ją ukarać. Za spóźnienie córki były bite szpicrutą. Rodzice byli zwolennikami zimnego wychowu, dziewczynki miały zakaz okazywania uczuć, pozytywnych i negatywnych.

Ojca widywały z bliska tylko raz do roku, w okolicach Bożego Narodzenia. To był „obcy pan, któremu lepiej było nie przebiegać drogi”. Na widok córek z reguły wołał „dzieci do budy”. Nie mogły zapraszać do siebie koleżanek, żeby nie bratać się z plebsem. Simona była najgorzej ubraną uczennicą w szkole. I najprawdopodobniej najbardziej nieszczęśliwą.

 

Biedne bogaczki

Lata 50. ubiegłego stulecia to koniec życia w dostatku ze sprzedaży obrazów. Ojciec Simony był o wiele mniej zdolny od sławnych przodków, nigdy nie wypracował własnego stylu. Popadł w apatię, odciął się od spraw rodzinnych, wkrótce potem zmarł. Matka zajęła się impregnowaniem rzeźniczych fartuchów, ale pieniędzy brakowało nawet na opał.

Matka z córkami spały w jednym łóżku, chodziły do sióstr sercanek po darmowe jedzenie. Stały w kolejce z bezdomnymi, choć wszyscy wiedzieli, kim są. Matka wolała się upokorzyć i prosić o pomoc niż sprzedać cokolwiek z cennych antyków. Córka do końca życia nie mogła jej tego wybaczyć. „Dziedzictwo nie do ruszenia” słyszały dziewczynki, kiedy patrzyły na cenną porcelanę lub obrazy marząc o jedzeniu czy ogrzaniu domu.

Simona opuściła rodzinny dom kiedy tylko mogła. Ucieczką były dla niej studia i daleka placówka naukowa. Od dziecka była specjalistką od zwierzęcej psychologii. W domu rodzinnym tylko przed zwierzętami mogła sobie pozwolić na prawdziwe emocje.

Wolność od dziedzictwa

W „Dziedzince” założyła osobliwy zwierzyniec. Miała ogromnego dzika, z którym siadywała przy stole, zaprzyjaźnionego rysia a w piwnicy hodowlę nietoperzy. Zwierzęta jej słuchały, ptaki na jej polecenie przyfruwały do domu. Prowokowało to podejrzenia miejscowej ludności, że jest gadającą ze zwierzętami czarownicą.

Walczyła z myśliwymi, choć należała do Związku Łowieckiego. Podobno tylko dlatego, żeby mieć prawo do posiadania broni. Nigdy nie założyła rodziny, miała dobre relacje z dziećmi swojej siostry. Zmarła na raka w 2007 roku.

„Gdybym posłuchała rad osób, które uważałam za mądrzejsze od siebie, byłabym dzisiaj zwykłym mieszczuchem krakowskim, zgorzkniałym, w całym tym światku, jaki tam był”. Przeżyła życie na własnych warunkach.